sobota, 29 października 2011

Czas wciąż leci, coraz szybciej.
Kolejny tydzień dobiega końca, już tylko parę dni i zacznie się listopad. Potem grudzień, który z pewnością minie bardzo szybko, styczeń i luty, gdzie będę wyczekiwać wiosny, a później zapewne moim marzeniem będzie cofnąć czas, bo zdam sobie sprawę, że już tak niewiele zostało.
Tydzień temu byliśmy w Jeff City. KUPIŁAM KARTKI!
W piątek poszliśmy wszyscy na pizzę, gdzie było bardzo, bardzo dużo śmiechu. Potem się rozstaliśmy i pojechaliśmy grupami do różnych domów. Mi się oczywiście trafił taki z dwoma psami. No ale nieważne. Na śniadaniu czułam się jak księżniczka, dostałyśmy po 4 napoje (nie w szklankach, tylko pucharkach) z 5 par sztućców, po 3 talerze i mnóstwo jedzenia. Wszystko było pyszne i słodkie! A na pożegnanie mnóstwo cukierków już z okazji Halloween :D
W sobotę w południe byliśmy na lunchu z najważniejszymi osobami z Rotary z dystryktu. To wszystko trwało ponad 3 godziny.. Musieliśmy stać 25 minut w jednej pozycji, uśmiechając się i słuchając o celach wymiany, przez 10 sekund machać flagą, co ćwiczyliśmy z 15 minut i powiedzieć w swoim języku 'dzień dobry, mam na imię Tina i jestem z Polski' (trochę się bałam, że powiem po angielsku). Potem team z Włoch pokazywał prezentacje (np. o ich hobby, albo rodzinie) i ich angielski był jak nasz w Zakopanem 'ju ar wery priti'. Przynajmniej trochę rozluźnili atmosferę :D Na koniec smutna prezentacja na temat polio i wszystko się zakończyło po 14.
Pół godziny później pojechaliśmy wszyscy do jednego, wielkiego domu i tam spędziliśmy noc. Graliśmy w bilarda, pływaliśmy w jeziorze, potem na łódce, siedzieliśmy w jacuzzi, graliśmy w tenisa i takie tam.
Zabrali nam telefony na cały wieczór i noc (!), żeby spędzać czas i integrować się razem.
W niedzielę rano, po śniadaniu wszyscy wracali do domu.
W szkole jakoś leci, trochę mnie męczy to codzienne chodzenie, ale daję radę. Ten tydzień miałam bardzo zabiegany.
W poniedziałek pełno zadań z matmy i nauka na chemię, bo we wtorek pisaliśmy test. We wtorek po szkole odebrał mnie mój drugi host tata i pojechaliśmy na spotkanie Rotary do innego miasta, żeby znów posłuchać naszych kolegów z Włoch. Powiedział mi też, że po Dniu Dziękczynienia będziemy wieszać ozdoby świąteczne, czyli już za niecały miesiąc. W środę po szkole jechaliśmy na pole kukurydzy, potem mieliśmy ognisko i takie tam. Oczywiście razem z Lauren i Alex się zgubiłyśmy gdzieś w środku.. :D W czwartek razem z Emily i jej rodziną kupić dynie i potem je wycinać. Wczoraj wróciłam ze szkoły, szczęśliwa, że sobie odpocznę chociaż jeden dzień, ale jednak pojechałam do Micaeli. Jakoś o 24 wróciłam do domu i w sumie poszłam spać. Dziś obudził mnie telefon o 11.40, czy mam jakieś plany. A mam. W poniedziałek Halloween (i z tego powodu mamy wolne w szkole) i dziś idziemy na imprezę z tej okazji.
Wczoraj w szkole parę osób 'umarło', czyli zostało pomalowane na biało z czarnymi oczami i dostało koszulkę, że jest już tylko wspomnieniem, a na ich szafkach były przyklejone kartki z imieniem i nazwiskiem, jako groby, a to wszystko przez akcję zorganizowaną, żeby być bardziej ostrożnym na drodze, nie pisać SMSów, nie dzwonić, nie jeździć pod wpływem itp.
No i dużo osób rozdawało cukierki w pudełku w kształcie dyni.
Jutro miałam jechać do Springfield, ale Isabel nie może, więc chyba spędzę ten dzień znów z Emily :)
I trochę zdjęć:

takie tam z kukurydzą 


Meeting















Halloween! 









Wciąż jestem zasypywana pytaniami "Do you have ____ in Poland?"
np.: Do they have school in Poland?
Do you have pumpkins in Poland?
Do you have corn in Poland?
Do you have summer in Poland?
Do you have Christmas in Poland?
Do you have Facebook in Poland?
Do you have your own language in Poland?
Do you have any fast foods in Poland?
czasem nie wiem, co jest żartem, a co serio. 

piątek, 14 października 2011

We all find time to do, what we really want to do.

Przepraszam wszystkich, którzy jeszcze śledzą moje losy, że tak późno. Nie miałam czasu pisać przez te ponad dwa tygodnie. Wszystko tak szybko się dzieje, dni są za krótkie, a o weekendach nie wspomnę. W tygodniu jestem w szkole prawie do 16, wracam do domu i muszę się uczyć, a o 19 już jest ciemno.
Algebra II jest trudniejsza niż I. Nie spodziewałam się tego, ale jakoś daję radę. Co prawda muszę siedzieć dłużej nad zadaniami domowymi i czasem zostawać po lekcji, bo nie do końca rozumiem. W poniedziałek miałam zadane 166 zadań do zrobienia w dwa dni.. Czuję się, jakbym teraz odrabiała wszystkie zadania z gimnazjum. Ale zdałam pierwszy kwartał na 97% !
Poza tym w zeszłym tygodniu pisałam referat na temat polskiego teatru na pięć stron. Na wtorek muszę jeszcze przygotować projekt.. Tak dziwnie starać się robić zadania domowe. Tutaj testy prawie nie mają znaczenia, najważniejsza jest praca na lekcji i w domu, a testy chyba tylko 20%. No i za frekwencje są dodawane lub odejmowane procenty.
Dziwnie nie być najmądrzejszym na chemii.
Dwa tygodnie temu w piątek byłam z Emily i Ruth u Alex na noc. Alex ‘uczyła’ mnie jeździć konno, co polegało na siedzeniu na koniu, który za nią biegał i krzyczeniu w najbardziej ekstremalnych momentach, np. przy zbieganiu z górki. Potem strzelałyśmy z pistoletów czy cokolwiek to jest. Obejrzałyśmy 'Seven Pounds', bo 'Will Smith is hot!'. Potem pokazały mi, co to TP'ing (czy jakkolwiek to się pisze). Tutaj znów muszę się przyznać, jak bardzo zazdroszczę im prawka. Wyjście z domu o dowolnej porze i powrót niezależny od nikogo innego.. Od 23.30-3 byłyśmy na 'akcji', a potem poszłyśmy spać. Rzeczywiście, było 'cool'. O 8.50 pobudka (w sobotę!) bo dziewczyny wyjeżdżały o 9.. O 14.40 odebrałam telefon od Emilio z pytaniem, co robię później. Powiedziałam, że nic, że odpoczywam. Zaproponował, że skoro Brodie ma urodziny, to możemy iść do kina. O 15.30 przyjechali po mnie, pojechaliśmy po Ruth i o 16.30 oglądaliśmy jakiś film o małpach. Nienajgorszy. Amerykańskie kino jest.. normalne. Kupuje się bilet, popcorn i colę i ogląda film (ewentualnie można iść do kina). My wybraliśmy jednak wersję oglądania. Po filmie odwieźli mnie do domu, zjadłam kolację i pojechaliśmy do Spring Dipper <3, bo babcia była na weekend.
W zeszły weekend Branson z host rodziną i bułgarską rodziną. Chodziliśmy na basen, graliśmy w kosza i takie tam. Starsi chodzili na golfa, więc przez cały weekend widziałam moich hostów tylko w piątek i w niedzielę po południu. W sobotę małe zakupy, Sturbucks i takie tam. Byliśmy w sklepie takim ze słodyczami, były żelki o wadze ponad 20 lbs, czyli ok. 10 kg! I pełno innych smakołyków. Wszystko było różowe i takie słodkie. Aż nie chciałam wychodzić z tego sklepu. Potem w perfumerio-mydlarnio-drogerii, w której było dosłownie wszystko, ale chłopcy nie lubią chyba takich rzeczy, bo nie spędziliśmy tam więcej niż 5 minut. Weszliśmy do imitatora tornado, co polegało na tym, że było wpuszczone powietrze, jak z suszarki, do plastikowego pomieszczenia wielkości budki telefonicznej. Jakieś sklepy z butami i ciuchami, a na końcu sklep Disney'a ze wszystkim. Koszulkami, maskotkami, spodniami, talerzami, portfelami, torbami, ręcznikami czy zeszytami z bohaterami wszystkich bajek Disney'a. A w niedzielę piłam najpyszniejszego szejka w moim życiu. Oczywiście czekoladowego.
W środę przed kościołem (jestem tu taka religijna, że chodzę do kościoła dwa razy w tygodniu) pojechaliśmy z Emily, Truettem i Joshem na lody do nowej.. lodziarni? Potem spędziłam 3 godziny w kościele, a w drodze powrotnej rozmawialiśmy na temat Świąt, lampek bożonarodzeniowych i zakupów. 
Wczoraj zrobiłam kotlety, w końcu! Poczuć ten smak po ponad dwóch miesiącach.. bezcenne. 
Dziś na chemii zmienialiśmy miejsca, bo jest koniec kwartału. Alex powiedziała nauczycielce, że ja muszę być z nią, bo ja inaczej sobie nie poradzę, więc możemy wciąż siedzieć koło siebie :D
Dziś byłam zobaczyć, jak wyglądają urodziny dla pięciolatków. Abby i Anny są bliźniaczkami i dziś skończyły 5 lat. Wyprawiały urodziny.. na placu zabaw. Zaprosiły ok. 4 rodzin (tutaj w każdej rodzinie jest przynajmniej 2 dzieci), więc było kilkoro dzieci z rodzicami. Wszyscy dostali pizzę, potem tort i na koniec dzieci bawiły sie piniatą. Na końcu rozpakowały prezenty i wszyscy poszli na zjeżdżalnie, huśtawki (albo bujawki, bujaczki czy jakkolwiek to nazywacie) itp. Co prawda ten plac zabaw nie wygląda tak, jak np. ten przy ławce Twój Stary, albo koło Martina, ale i tak dziwny pomysł z urodzinami na placu zabaw.
W przyszły weekend Jeff City, kolejne spotkanie z tymi wspaniałymi ludźmi.
Za dwa tygodnie Halloween, a za miesiąc tydzień wolnego.
Zostało 71 dni do Świąt, których się nie mogę doczekać.


Poza tym wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że tu nie ma żadnych kłótni. Nie kłóciłam się z nikim, nawet nie podniosłam głosu na nikogo od ponad dwóch miesięcy! Wszyscy są tu tacy kochani, tacy mili i zawsze starają się pójść na kompromis. Nikt na nikogo się nie denerwuje, każdy jest szczery 

Jeszcze dodam trochę zdjęć specjalnie dla Iwa, bo on tak bardzo tęskni, że nie może czytać moich całych wpisów, bo aż łzy mu napływają do oczu, więc tylko ogląda zdjęcia. (śniłeś mi się dziś!)



siostry!


 dla Iwa, żeby był zazdrosny

 dobra koniarka ze mnie



-Trzymaj się. Jestem z Ciebie dumny.
:)

wtorek, 27 września 2011

czas leci za szybko..

Sobotni dzień był strasznie długi i męczący, choć bardzo udany. Całe szczęście, że była piękna, słoneczna pogoda.
Zaczęłam o 11 od Concert Choir Picnic w 'parku', czyli na pustym polu z ławkami, stolikami i grillem. Były różne gry w stylu wożenia ludzi w taczce, skokach w workach, przeciągania liny, przekłuwania balonów itp. Dokładnie, jak dla dzieci. Ale była naprawdę niesamowita amosfera, świetna zabawa i dużo śmiechu. Pomijając fakt, że była to tylko zabawa - nasza drużyna wygrała :D
Potem przyszedł czas na jedzenie. Amerykańskie burgery i hot-dogi. Mnóstwo przepysznych ciastek.Ogromny tort z napisem 'O sole mio'. I oczywiście - chipsy.
Dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się i... planowaliśmy. W pewnych momentach rozmowa przypominała mi trochę ploteczki z Łukaszem. To nie to samo, ale zawsze coś. 
Po lunchu, między 13 a 14 pojechałam z Emily i Truettem (nie wiem, czy powinnam odmieniać amerykańskie imiona) na małe 'party'. Szczerze mówiąc, nie wiem do kogo. Było może 10 osób. Oglądaliśmy mecz futbolowy (wszyscy byli nim strasznie podekscytowani, ja wciąż nie widzę w tym nic pięknego, ale nieważne), mieliśmy czerwone kubeczki, jedliśmy coś w stylu ciastek z serem i znów - rozmawialiśmy. 
Jakoś po 20 razem z Joshem i Truettem pojechaliśmy do Emily. U jej brata byli znajomi z collegu, więc znów małe 'party'. Piłam herbatę, której nazwy już nie pamiętam, ale kojarzyła mi się ze Świętami. Pachniała jak pierniki, tak pięknie. Co do Świąt.. Moja host rodzina chce, żebym zrobiła im pierniki, więc na początku listopada znów się pobawię w kucharza.
Alex i Emily opowiadały mi, co można tu robić 'dla zabawy'. Trochę to dziwne i odrobinę szalone, jeśli dobrze zrozumiałam. Pomimo tego nie mogę się doczekać, kiedy pokażą mi na żywo jak to wygląda. 
Potem rozmawiałyśmy o chłopcach.. Zarówno aktorach i piosenkarzach, jak i tych ze szkoły. 
Opowiadały też o promie. Już nie mogę się doczekać wiosny!
Po 11 wróciłam do domu. Zmęczona, ale szczęśliwa. 

Mamy jesien, co czuje się już dłuższy czas. Jest zimno i wciąż pada deszcz. Liście nie są już zielone, a czerwono-żółto-brązowo-pomarańczowe, część wciąż na drzewach, jednak większość z nich już spadła. Wszystko jest takie szare i ponure. Wciąż chce się spać, a przynajmniej leżeć w ciepłym łóżku. W mojej rodzinie nie pije się nawet ciepłej herbaty.. Jak wstaję rano, przypomina mi się wstawanie o 5, schodzenie na dół, gdzie jest już włączone radio, czeka śniadanie i ciepła herbatka, i .. a tu nic. Cicho i pusto. 

Przygotowania do Halloween trwają tu już dobre dwa tygodnie. Podobno to święto jest obchodzone mniej więcej tak bardzo, jak Boże Narodzenie, czy Wielkanoc. W sklepach jest pomarańczowo, przed wieloma domami stoją dynie, a dzieci już wybierają stroje. Wszyscy tu się przebierają. W każdym wieku. Są różnego rodzaju imprezy, jak u nas w Karnawale (przypomniało mi się oglądanie pastuszka z Adą).

Dziś byłam na spotkaniu Rotary. Potem z Robin zmieniłyśmy trochę mój plan lekcji. Algebra I jest jednak zbyt łatwa, więc jutra zaczynam Algebrę II. Trochę szkoda zmieniać mi klasę, no ale nie mogę być głupia po powrocie do Polski.


Zostały mi dwa miesiące w pierwszej rodzinie. 
Dziewięć dni do wyjazdu Branson.
Dwadzieścia trzy dni do następnego spotkania w Jefferson City. 

środa, 21 września 2011

kompletny brak czasu

Wiem, że coraz rzadziej tu piszę, ale naprawdę nie mam kiedy. Szkoła jest strasznie męcząca. Pomimo tego, że mam dość łatwe przedmioty, siedem godzin po pięćdziesiąt minut to naprawdę dużo. Plus język, który mimo wszystko wciąż trochę męczy.
Ale skoro Ledworowska dała radę, to nie mogę być gorsza.
Test z historii napisałam na 64%, z czego jestem bardzo dumna. Biorąc pod uwagę moje ogromne zafascynowanie tym przedmiotem od zawsze i angielskie słownictwo, którego za nic nie mogę zrozumieć.. jest naprawdę dobrze, może zdam :D No a klasa, w której mam dziewczynę z Rosji i chłopaka z Bułgarii, jak już mówiłam - jest cudowna.
Wczoraj dostaliśmy szkolne ID. Takie coś jak nasze identyfikatory, tyle że nie trzeba mieć ich cały czas ubranych, chociaż zdarzają się i tacy.. 
piękne

W niedzielę jedliśmy sushi. Ja jadłam, moja rodzinka coś innego, bo to przecież fuj.
Poza tym wystarcza mi już 15 minut na wstanie, ubranie się, umycie i zjedzenie śniadania. 
Dziękuję Kamili, za przekazanie informacji, że można kupić Milkę w Walmarcie! Tęskniłam za smakiem normalnej czekolady. 
A co do czekolady..
..to jest naprawdę pyszne! Jeden z niewielu amerykańskich 'smakołyków', którego będzie mi brakować. Jeszcze lodów i może winogron (nie wiem czemu, ale tu są lepsze niż w Bułgarii, czy w Albanii, czy we Włoszech, czy gdziekolwiek). 

W piątek idziemy na mecz albo do kina na Króla Lwa. 
Dziś Kelly się popłakała i wróciła do domu, jak Katie nie chciała puścić jej samej ze mną na rower, tylko pojechała z nami. Ale że mam takie dobre serduszko, to pojechałam potem z nią sama też. 
A wczoraj zrobiłam z Katie czekoladowe ciasteczka i DJ był smutny, że nie z nim, to jemu też obiecałam, że następnym razem zrobię z nim. 



Nie wiem już, co opisywać, a czego nie. Dla mnie już nic nadzwyczajnego tu nie ma. 
I odpowiadając na komentarz: nie ma takich 'elit', że ktoś fajny, a ktoś nie. Co do tego, że jest się lubianym tylko jak się uprawia jakiś sport.. Nieprawda. U chłopaków może bardziej, ale to też nie jest reguła. A takich wytapetowanych lasek nie ma za dużo.. Może z 6. Ale nie chodzą po szkole jak takie laski w filmach, nie ;p
A dziś Josh na angielskim spytał, czy w Polsce jest dużo zimniej niż tu i czy często zdarza nam się widzieć niedźwiedzie polarne..
Na początku myślałam, że żartuje i zaczęłam się śmiać, na co wszyscy na mnie spojrzeli z miną 'o co be?' i wtedy zrozumiałam, że Amerykanie jednak nie należą do najmądrzejszych. Oczywiście nie wszyscy!

I żarcik dnia:
H. Ledworowska wraca ze szkoły i podchodzi do niej chłopak
on: How are you?
ona: I'm cool!
hehe <3

Wyślijcie mi chleb, kotlety, ogórki kiszone, sernik bez rodzynek, marchewki zwykłe i kebaba! :D

czwartek, 15 września 2011

Specjalnie dziś piszę na życzenie. 
Nic takiego się nie dzieje. Tylko szkoła. 
Wczoraj trzy osoby spytały mnie, czy są moimi najlepszymi przyjaciółkami w Ameryce. Często ludzie pytają, czy znalazłam już 'best friend'. Hm, patrząc na to, że jestem tu zaledwie miesiąc.. wszystko ok. Ale w sumie nie dziwię się tym pytaniom. Tutaj każdy jest miły. Bez wyjątku. Każdy chętnie pomaga, wypytuje o wszystko, chce się spotykać. Jednak mimo wszystko nie sądzę, że doznam tutaj 'prawdziwej przyjaźni' :P
Jutro piszemy sprawdzian z historii ameryki. Dużo rozumiem na tym przedmiocie, naprawdę. Niestety DG nic nie dała.. Czuję się mniej więcej jak na naszej fizyce. Tyle tylko, że tu jest więcej śmiechu. Ale poważnie, nie wiem jak to napiszę. Nie mamy nawet książek w domu i nie robimy żadnych notatek na lekcji. Tylko czytamy. Albo oddajemy zadania po każdej lekcji. Teraz tylko <obybyłoabcd>.
Brakuje mi tego 'PRZEKŁADAMY!' i 'kiedy poprawa?'.
Tutaj nie ma ani przekładania, ani poprawy. 
Na angielskim wciąż muszę czytać, bo mam 'awesome accent and beautiful voice'.
Moim ulubionym przedmiotem została matma, naprawdę. Nawet odbrabianie zadań nie sprawia mi jakiegoś szczególnego bólu. Możliwe, że dlatego, że to jest banalnie proste. 
Jutro.. T.G.I.F. !
W końcu się wyśpię w sobotę, brakowało mi spania do 13, ostatni raz mogłam to zrobić 2 tygodnie temu :(
I jutro wieczorem Micaela przychodzi na noc. W sobotę chyba na zakupy, w niedzielę jeszcze nie wiem. A poniedziałek wolny! Znowu! To jest piękne :D 
7-9.10. znów jedziemy do Branson, ale tym razem już nie do SDC. Po prostu, przejechać się. 
20-22.10. znów Jeff City. <3
11. września w Ameryce nie ma jakiś super wielkich obchodów. Po prostu jeszcze więcej flag. Przynajmniej ja nic innego nie zauważyłam, no a byłam wtedy w stolicy stanu. 
Zaczęłam czytać amerykańską książkę. Co prawda taką, którą znam po polsku, ale zawsze coś. 

Jeszcze parę zdjęć. 


 zwolnienie i usprawiedliwienie


 <3

 takie tam liściki i 'Lion King' w wykonaniu Emilio

Taaak, to właśnie mój drugi pokój. Całkiem.. słodki.


Pozdrowienia dla Łukasza G. Dobrze, że dziś trochę nadrobiliśmy :D

wtorek, 13 września 2011

najwspanialszy weekend w Stanach!

 Jako pierwsze - wszyscy, którzy chcą się dowiedzieć ode mnie czegokolwiek na temat wymiany, proszę na gadu, nie tutaj ;) 2952679
Dziś już wtorek, ale naprawdę nie mam czasu tu pisać. 
W czwartek jak wróciłam do szkoły po czwartej lekcji, wszyscy się mnie pytali, co mi się stało, czy czuję się lepiej itp. Nawet osoby, które widziałam pierwszy raz w życiu, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ale już się do tego powoli przyzwyczajam, że nieznajome osoby się ze mną witają i pytają o moje samopoczucie. 
W piątek byłam w szkole tylko na 4 pierwsze lekcje. Wchodzę na algebrę, a tu niespodzianka i piszemy test, o którym zupełnie zapomniałam. No ale napisałam na 96% i przy ocenie uśmiechniętą buźkę hehe.
Potem odebrał mnie Scott i pojechaliśmy prosto do Jeff City. Szczerze mówiąc, w drodze spodziewałam się, że będzie.. ok. Po prostu dobrze. Porozmawiamy, powymieniamy się uwagami i doświadczeniami, posłuchamy po raz 493820810983 wszystkich regulaminów i tak przez 3 dni. Było zupełnie inaczej. Fantastycznie, niesamowicie. Poznałam tak wspaniałych ludzi, że nawet nie potrafię tego opisać. Żadko się zdarza, że wszyscy w tak dość dużej grupie się lubią. A teraz tak było. 

W moim dystrykcie jest teraz 19 wymieńców:
Giovanni z Włoch, Azkar z Kyrgyzstanu, Diogo z Brazylii, Joseph z Francji, Eric z Tajwanu, Julian z Kolumbii, Katrijn z Niemiec, Johanna z Niemiec, Czapieska z Polski, Maya z Austrii, Alberto z Ekwadoru, Fede z Hiszpanii, Saaya z Japonii, Ramon z Ekwadoru, Dilara z Turcji, Sonja ze Szwajcarii, Paula z Brazylii, Isabel z Hiszpanii i Margaux z Belgii.

W piątek tylko się zapoznawaliśmy. Dowiedzieliśmy się o sobie wielu rzeczy, chociaż to były tylko rozmowy z oficerką dystryktu, więc same podstawy. 
Joseph ma dziadka z Polski i zawsze wita mnie słowami 'dzień dobry', chociaż czasem myli mu się z 'pa' :P Dilara umie po angielsku pięć słów 'school' 'good' 'hi' 'yes' i 'no'. Nawet sobie nie wyobrażam, jak jej się musiało z nami nudzić..
Mogłabym opowiadać o każdym, ale to chyba bez sensu. 
Jednak najlepsi ludzie byli w 'spanish clubie'. Wszyscy mówiący po hiszpańsko-portugalsku + ja i Gio. W piątkowy i sobotni wieczór z nimi było po prostu niesamowicie. Nasze hiszpańsko-portugalsko-angielskie rozmowy były naprawdę zabawne, rozmawialiśmy o wszystkim. Zaczynając na filmach i muzyce, poprzez szkołę i rodzinę, kończąc na chomikach. Dawno się tyle nie naśmiałam, dawno nie poznałam tak wspaniałych ludzi :) Uwielbiam to uczucie, kiedy rozmawiam z kimś, jakbym znała go całe życie. Uwielbiam to uczucie, gdy nie muszę już tłumaczyć wszystkiego z angielskiego na polski, żeby zrozumieć i z polskiego na angielski, żeby coś powiedzieć, tylko przychodzi mi to już z łatwością, bez głębszego zastanowienia. Co tu opowiadać, nie będę wgłębiać się w każdą naszą rozmowę, bo i tak nikt by tego nie zrozumiał. W sobotę mieliśmy pool party u Kit w domu, potem kolację i jedliśmy pianki. Wróciliśmy do hotelu i.. rozmawialiśmy. W niedzielę rano było strasznie smutno. Czułam się prawie tak, jak opuszczając Polskę (no dobra, może nie aż tak). Ale teraz tylko wyczekujemy do 21. października!
A dziś w szkole, jak codziennie. Od zamulania, przez świetny humor po odliczanie do końca dnia. I dostaliśmy nasze dotychczasowe oceny. To tak jakby nasza ocena roczna, będziemy dostawać co miesiąc taki 'raport'. I co miesiąc będzie się sumować. Ok, trochę pomieszałam. Nieważne.
Na koniec jak zawsze trochę zdjęć. ;)


 
i oceny :D